Strona korzysta z plików cookies aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Możesz zablokować te pliki zmieniając ustawienia przeglądarki. Brak blokady oznacza zgodę się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Więcej informacji w naszej polityce prywatności.  Zamknij komunikat
logo_lrnp.jpg

„Cieszyłam się z braku kłopotliwych pytań”

2014-02-14
 | Autor: Redaktor
Nie wiem, od czego zacząć tę historię. Może od tego, że osoba, o której opowiem, dziś wydaje mi się obca. Aż trudno mi uwierzyć, że to będzie opowieść o mnie – sprzed zaledwie kilku lat. Najchętniej do każdego kolejnego wątku tej historii dopisałabym zdanie zaczynające się od: „Dziś wiem, że…”. Wtedy nic nie wiedziałam. Byłam jak mały przestraszony kundelek, wdzięczny za każdy najmniejszy gest swojego pana – podrapanie za uchem, dobrotliwe klepnięcie, jakiś ochłap ze stołu. Albo za to, że akurat dziś zostawił mnie w spokoju – nie szturchnął, nie popchnął na ścianę, nie podłożył nogi.

Między mną i Piotrkiem zaiskrzyło niedługo przed maturą. To miała być ostatnia impreza w klasowym gronie, choć dla mnie było to w zasadzie pierwsze takie wyjście. W przeciwieństwie do Piotrka – przystojnego, inteligentnego i lubianego przez wszystkich – nie byłam zbyt towarzyska. Kiedy przyszłam, już otaczał go wianuszek koleżanek. Nawet do głowy mi nie przyszło, że Piotrek zwróci na mnie uwagę. Najpierw nie mogłam wyjść ze zdziwienia i byłam onieśmielona, a później… sprawy potoczyły się szybko.

Na pisemnym egzaminie z polskiego byliśmy już parą. Matura kiepsko mi poszła, Piotrek zdał najlepiej w klasie. Znalazł się w czołówce przyjętych na AGH w Krakowie. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy tam razem. Ja znajdę pracę, on będzie studiował i też dorywczo pracował. Te pierwsze lata w Krakowie były najlepsze. Jasne, po jakimś czasie minęła już tamta sielanka, zaczęłam dostrzegać wady Piotrka. Łatwo się denerwował, obrażał, potrafił milczeć tygodniami, gdy zrobiłam lub powiedziałam coś nie tak. Czasem naśmiewał się z moich dodatkowych kilogramów – wiedział, że zaboli. Dziś wiem, że to był najłagodniejszy wymiar kary.

Gdy poprosił mnie o rękę, nie miałam wątpliwości. Ślub był zwyczajny, wesele – skromne, szybko wróciliśmy do rzeczywistości. Piotrek akurat dostał pierwszą pracę z prawdziwego zdarzenia – niezłe zarobki, służbowy samochód i komputer. Wciąż mi imponował. Ja pracowałam od kilku lat w tym samym sklepie na naszym osiedlu.

Pierwsze tygodnie w nowej firmie Piotrka to był koszmar. Codziennie wracał wściekły, ze wszystkiego niezadowolony. Próbowałam dać mu wsparcie, starałam się, ale było coraz gorzej. Widziałam, że sobie nie radzi, ale ciągle przekonywałam go, że to minie, że będzie najlepszy. Jak zawsze. Pewnego dnia wrócił do domu wcześniej niż zazwyczaj. Nie uprzedził mnie, więc nie czekałam jak zwykle z obiadem – wyszłam coś załatwić.

Kiedy wróciłam do domu i zobaczyłam jego kurtkę, już wiedziałam, że będzie wściekły. Zaczął wrzeszczeć. Wcześniej zdarzało mu się powiedzieć w nerwach coś niemiłego, ale wyzwiska, które usłyszałam tym razem, wprawiły mnie w osłupienie. Moje milczenie jeszcze bardziej go rozwścieczyło. Chwycił mnie za twarz i zaczął trząść, a ja, chcąc się uchylić, wpadłam na lodówkę. Rozcięłam skórę na czole, szybko pojawiło się sporo krwi. Piotrek wpadł w panikę, zaprowadził mnie do łazienki i zaczął myć.

Byłam jak odrętwiała. Bolała mnie cała twarz. Nie dochodziło do mnie to, co Piotrek mówił. Przepraszał, rozpaczał, chodził w kółko po pokoju, przykładał lód. Noc spędziłam na kanapie, on spał na podłodze tuż obok mnie. Rano jeszcze raz przeprosił i wyszedł do pracy. Popatrzyłam w lustro i już wiedziałam, że nie będę mogła pokazać się w sklepie przez kilka najbliższych dni. Twarz była fioletowa.

Był koniec roku, nie miałam już ani jednego dnia urlopu do wykorzystania. Telefonicznie umówiłam się do mojej lekarki. Na szczęście w przychodni nie było kolejki, od razu weszłam do gabinetu. Wcześniej ustaliłam, co powiem. „Ściągałam z wysokiej półki w kuchni coś ciężkiego, niefortunnie stanęłam na krześle, które się przewróciło, a ja, spadając, uderzyłam w krawędź szafki”. Wyrecytowałam to wszystko, śmiejąc się ze swojej nieostrożności. Pani doktor popatrzyła znad okularów i ciężko westchnęła. Zapadła cisza. W końcu lekarka obejrzała rankę na czole, powiedziała, że nie trzeba szyć. Siniaków nie skomentowała. Poprosiłam o zwolnienie lekarskie, wytłumaczyłam, że nie mogę się tak pokazać w sklepie. Wypisała i bez słowa wręczyła mi druczek. Odetchnęłam z ulgą – byłam jej taka wdzięczna, że nie zadawała niepotrzebnych pytań! Pożegnałam się i wróciłam do domu.

Posprzątałam kuchnię i łazienkę, zrobiłam obiad. W międzyczasie odebrałam kilka SMS-ów od Piotrka. Pisał, że nigdy sobie nie wybaczy, że jestem najważniejsza, że nie zasługuje na mnie. Zrobiło mi się go żal. Myślałam: „Jest mu tak ciężko w tej nowej firmie, pewnie nawet nie mam pojęcia, jaki to stres i nerwy. A przecież poświęca się dla nas obojga”.

Wszedł do domu po cichutku, z miną zbitego psa. Widziałam kątem oka, że patrzy na mnie z przerażeniem. Pocałował mnie, objął z taką czułością, jakiej nie okazywał mi od dłuższego czasu. Przy obiedzie opowiedział o problemach w firmie. Zrozumiałam, przez co przechodzi. Powiedziałam, że chcę go wspierać, że razem na pewno sobie poradzimy.

Siniaki goiły się szybko, rana w moim sercu – chyba jeszcze szybciej. Znowu byliśmy szczęśliwi. Ale radość nie trwała długo. Po kilku tygodniach napięcie znowu zaczęło rosnąć. Piotrek czepiał się o wszystko, wyśmiewał mnie, upokarzał. Koszmar zaczął się od nowa. Nie liczyłam pojedynczych szturchnięć, wymierzonych policzków. Siniaki mogłam ukryć pod kryjącym fluidem i grubą warstwą pudru. Tylko że na nich się nie skończyło.

Pewnego razu podczas awantury chciałam wyjść z pokoju, odwróciłam się od Piotrka, a on popchnął mnie na ścianę. Z bólu na chwilę straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, mój nos był dwa–trzy razy większy niż zwykle. Złamany. Piotrek kazał mi się ubierać. Pojechaliśmy na dyżur całodobowy. W aucie powiedział mi, jak mogę się z tego wytłumaczyć lekarzowi. Nie musiał nic mówić, sama już układałam scenariusz w głowie. Do gabinetu weszłam bez niego. Młody lekarz popatrzył na mnie ze współczuciem, kazał się rozebrać. Wyrecytowałam wcześniej przygotowaną wersję zdarzeń, ale nie miałam siły się starać, by zabrzmiała przekonująco.

Doktor bez słowa obserwował posiniaczone ramiona, potwierdził, że nos jest złamany. Widziałam, że nie słucha moich tłumaczeń. W końcu przerwał mi. „Przecież widzę, że jest pani pobita” – te słowa pamiętam do dziś. Słabym głosem zaprzeczyłam. „Musi pani coś z tym zrobić” – powiedział tylko. Z szuflady wyciągnął jakiś druczek. Pisał, pytał o nazwisko i adres. Dopiero kiedy wręczył mi tę kartkę, zobaczyłam, że to „zaświadczenie lekarskie o przyczynach i rodzaju uszkodzeń ciała związanych z użyciem przemocy w rodzinie”.

Przemoc w rodzinie? Nigdy wcześniej nie pomyślałam tak o zachowaniu mojego męża. Lekarz o nic nie dopytywał, powiedział tylko, żebym zachowała ten druczek, bo kiedyś może się przydać. Odprowadził mnie do drzwi, w których już czekał Piotrek. Wziął ode mnie kartkę, myślał, że to jakieś skierowanie lub recepta. Bez słowa wyszliśmy z przychodni. Kiedy w samochodzie mój mąż przeczytał zaświadczenie, bez słowa je podarł. Byłam przerażona, ale tej nocy dał mi już spokój. Tyle że ja już nie potrafiłam odzyskać spokoju. Myślałam o tym, co powiedział lekarz.

Dziś wiem, że mógł zrobić dla mnie znacznie więcej: doradzić, wskazać miejsce, do którego mogłabym się udać ze swoim problemem. Przecież prosto z jego gabinetu wpadłam w ręce swojego oprawcy! Ale mimo wszystko jestem mu wdzięczna. Uświadomił mi, że jestem jedną z tysięcy ofiar przemocy w rodzinie, a nie żoną ambitnego pracownika międzynarodowej korporacji, który nie radzi sobie ze stresem. Odeszłam od Piotrka.

Basia, 28 lat