Strona korzysta z plików cookies aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Możesz zablokować te pliki zmieniając ustawienia przeglądarki. Brak blokady oznacza zgodę się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Więcej informacji w naszej polityce prywatności.  Zamknij komunikat
logo_lrnp.jpg

„W przychodni czułam się jak trędowata”

2014-02-10
 | Autor: Redaktor
„Mam na imię Małgorzata, mam 25 lat, jestem alkoholiczką” – tylko tyle wydusiłam z siebie ponad rok temu podczas mojego pierwszego spotkania w klubie AA. Zaczynam od tego, bo to alkohol zaważył na moim życiu. Picie i bicie – tak można podsumować lata mojego małżeństwa. Pierwszy był alkohol.

Wojtek i ja nigdy nie byliśmy święci, w zasadzie już od dzieciństwa eksperymentowaliśmy z alkoholem. Po ślubie zamieszkaliśmy u moich rodziców. Mąż pracował tylko dorywczo, ja szybko zaszłam w ciążę. Wojtek znikał na całe dnie. Włóczył się z kolegami, a mnie i rodziców przekonywał, że szuka jakiejś dorywczej pracy. Czasem wracał sponiewierany, pobity. Po wódce zaczynał wariować, po prostu tak miał.

Ciąża mnie przerażała, czułam, że to koniec mojej młodości. Wiedziałam, że nie podobam się już Wojtkowi, i to doprowadzało mnie do rozpaczy. On korzystał z życia. W zasadzie nie było dnia, żebym nie wyczuła od niego alkoholu. Byłam zła, ale chyba głównie dlatego, że sama nie mogę pić…

15 października 2007 roku urodziła się Patrycja. Tydzień później zmarła moja babcia. To straszne, ale odetchnęliśmy z ulgą. Maleńki domek babci był do naszej dyspozycji, mogliśmy wyprowadzić się od rodziców. Byliśmy wolni. Wojtek przyprowadzał kolegów do domu. Opijanie narodzin dziecka trwało chyba z miesiąc. Powoli wracałam do alkoholu po całkowitej abstynencji, którą utrzymywałam w czasie ciąży. Wojtkowi nie podobało się moje picie. Kłóciliśmy się.

Dziś próbuję sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz mnie uderzył, ale nie potrafię. To chyba nie był dla mnie jakiś straszny szok. Przywykłam do tego, że Wojtek bywa brutalny. Szturchnięcia, popchnięcia – to wszystko przecież mogło się przydarzyć podczas kłótni. Agresję męża tłumaczyłam wódką. Sama przecież dobrze wiedziałam, że po upiciu człowiek przestaje nad sobą panować.

Kiedyś wybraliśmy się na imieniny szwagra. Siedzieliśmy do późna, alkoholu oczywiście nie brakowało. Po północy zaczęłam prosić Wojtka, żebyśmy zbierali się do wyjścia. Akurat znajomi jego brata mieli wracać i po drodze mogli nas podrzucić do domu. Ale on był jeszcze niedopity. Błagałam, wskazywałam na śpiącą w wózku Patrycję, chyba nawet płakałam – po alkoholu często zdarzało mi się rozkleić. W pewnej chwili Wojtek wstał gwałtownie od stołu i bez słowa wyszedł. Wsiedliśmy do samochodu znajomych w kompletnej ciszy. Piekło rozpętało się za chwilę.

Wojtek zaczął mnie wyzywać od najgorszych, ja nie pozostawałam mu dłużna. Pociągnął mnie za włosy, chwycił za twarz, nie zwracając uwagi na Patrycję, która spała na moich kolanach. Kolega zatrzymał samochód, kazał Wojtkowi wysiadać, ale on nie miał zamiaru tego zrobić. Wystraszone dziecko zaczęło płakać, nie wiedziałam, co mam robić. W końcu wysiadłam i powiedziałam, żeby odwieźli męża do domu. Pojechali, a ja skierowałam się do rodziców. Nigdy nie zapomnę wzroku mojej matki, kiedy stanęłam w drzwiach. Patrzyła na mnie z przerażeniem i obrzydzeniem. Zabrała Patrycję bez słowa, ja położyłam się na kanapie.

Rano obudziłam się skacowana. Matka powiedziała tylko, że nie odda mi dziecka. Trochę oponowałam, ale dziś wydaje mi się, że poczułam coś w rodzaju ulgi. Wróciłam do Wojtka. Pytał o Patrycję, przeprosił. Powiedział, że przez tydzień albo dwa dziecko może pomieszkać z dziadkami, a my w tym czasie doprowadzimy się do porządku, dogadamy.

Tylko że mijały tygodnie, miesiące, a my wcale nie zamierzaliśmy się starać o odzyskanie Patrycji. Kompletnie straciliśmy kontakt z rzeczywistością. Wtedy już piliśmy na umór. Co jakiś czas przypominałam sobie o dziecku, rozpaczałam, że Patrycji z nami nie ma. Wojtek wtedy nazywał mnie wyrodną matką. Ja reagowałam na to wściekłością, rzucałam się na niego z pięściami. Oczywiście nie miałam szans. Bił mnie bez opamiętania. Godziła nas zawsze wódka.

Pewnego dnia Wojtek wyszedł do pracy – kolega dał mu znać, że w okolicy potrzebują kogoś na budowę. Pamiętam, że oglądałam telewizję, kiedy do drzwi zapukała drobna dziewczyna. Powiedziała, że jest pracownikiem socjalnym. Byłam zaskoczona, jak dużo o mnie wiedziała. Chyba wcześniej kontaktowała się z moją matką. Dobrze nam się rozmawiało, wyżaliłam się na męża, na sytuację z Patrycją. Pani Edyta mi współczuła, ale jednocześnie zwróciła uwagę, że problemem jest też moje picie.

Mówiła, że mogę się leczyć, że nie jestem skazana na mieszkanie z mężem, że wystarczy na mnie popatrzeć, by wiedzieć, że jestem ofiarą przemocy. Pytała, czy byłam u lekarza (akurat byłam bardzo obolała, kulałam na jedną nogę). Zaprzeczyłam, przecież nawet nie miałam ubezpieczenia. Powiedziała, że powinnam zgłosić doktorowi pobicie, a on ma bezpłatnie wystawić specjalne zaświadczenie, które kiedyś może mi się bardzo przydać. W końcu pożegnałyśmy się. Wieczorem wrócił Wojtek. Bez grosza. Dniówkę przepił z kolegami. Byłam wściekła, bo wtedy tonęliśmy już w długach. Zaczęliśmy się kłócić, skończyło się jak zwykle. Przewrócił mnie na ziemię, bił po głowie i klatce piersiowej. Ból nie do opisania. Kiedy się zmęczył, po prostu usnął.

Następnego dnia wcześnie rano zaczęłam mieć problemy z oddychaniem. Bałam się, że to coś z sercem. Wyszłam przed dom, sąsiadka zaproponowała, że podrzuci mnie do przychodni. Już w rejestracji poczułam się jak trędowata. Od razu wyszło na jaw, że nie jestem ubezpieczona, musiałam przy wszystkich pacjentach stojących w kolejce powiedzieć, że zostałam pobita i chcę badania. Dla pielęgniarki byłam po prostu pijaczką, która oberwała od kompanów i teraz żąda bezpłatnej wizyty lekarskiej.

Lekarka przyjęła mnie w gabinecie. Zbadała, stwierdziła złamanie żebra. Miałam wrażenie, że chce się mnie jak najszybciej pozbyć. Ale ja przypomniałam sobie o zaświadczeniu. Lekarka zrobiła wielkie oczy. Powiedziała, że w przychodni nie mają takich druków. Odeszłam więc z niczym. Poszłam do domu, Wojtka nie było. Wszystko mnie bolało, byłam całkowicie rozbita. Przypomniałam sobie o Edycie. Zadzwoniłam, powiedziałam, że nie dostałam zaświadczenia. Edyta była oburzona. Powiedziała, żebym przyszła do GOPS-u po druk i zaniosła go pani doktor. Tak właśnie zrobiłam. Ale w przychodni zastałam już innego lekarza.

Wziął ode mnie formularz, pokręcił głową. Powiedział, że nie jest lekarzem sądowym, choć ma kolegę, który mógłby zrobić mi obdukcję. Kosztowałoby to jakieś 100 złotych. Roześmiałam się. Nie miałam wtedy żadnych pieniędzy. Byłam zła na Edytę, że każe mi chodzić od lekarza do lekarza, naraża na upokorzenia. Wyszłam z gabinetu, znowu zadzwoniłam do GOPS-u. Edyta chyba skontaktowała się z dyrekcją przychodni. Za chwilę przyszedł lekarz, zbadał mnie i wypisał druczek. Kiedy wyszłam od niego, pod drzwiami stała Edyta. Prosiła, żebym nie wracała do domu. Byłam tak zmęczona i obolała, że było mi wszystko jedno. Spędziłam dwa tygodnie w domu rodziców. W tym czasie Edyta szukała dla mnie miejsca na oddziale odwykowym. Matka nie pozwalała mi zbliżać się do Patrycji. To był koszmar. W końcu telefon od Edyty: mogłam pojechać na leczenie.

Było ciężko, ale udało mi się wytrwać. Między innymi dzięki wspaniałym lekarzom, którzy się mną zajęli. Prosto z odwyku trafiłam do schroniska dla ofiar przemocy w rodzinie. Spędziłam tam kilka miesięcy. W tym czasie odwiedzałam rodziców i małą, chciałam, aby uwierzyli, że się zmieniam. Matka mnie kontrolowała, rozliczała ze wszystkiego. To było upokarzające, ale wiem, że potrzebne. Od jakiegoś czasu mieszkam w rodzinnym domu. Staram się być dla Patrycji jak najlepszą matką, jakoś jej wszystko wynagrodzić. Wojtka nie chcę znać.

Małgorzata, 25 lat