Strona korzysta z plików cookies aby ułatwić korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych.
Możesz zablokować te pliki zmieniając ustawienia przeglądarki. Brak blokady oznacza zgodę się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Więcej informacji w naszej polityce prywatności.  Zamknij komunikat
logo_lrnp.jpg

„W gabinecie było mi wstyd”

2014-02-06
 | Autor: Redaktor
W zeszłym miesiącu była 23. rocznica naszego ślubu. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że te lata to pasmo nieszczęść i bólu. Początki zapamiętałam jako wspaniałe. Dobrze nam się powodziło. Andrzej był dobrym fachowcem – mechanikiem samochodowym, jedynym w okolicy. W naszym garażu auta naprawiali sołtys, dyrektorka szkoły, ksiądz, kierownik przychodni. Byliśmy lubianą i szanowaną rodziną. Zaplanowaliśmy, że będziemy mieć czwórkę dzieci, i rzeczywiście tak się stało. Na świat przyszli kolejno Asia, Paulina, Natalia i Piotruś. Syn ma dziś dwa lata. Kiedy go urodziłam, mój koszmar już trwał.

Wszystko zaczęło się psuć wraz z podupadaniem warsztatu samochodowego Andrzeja. W sąsiedniej miejscowości powstały dwie takie firmy, i to prowadzone przez wykwalifikowanych mechaników. A mój Andrzej był samoukiem. Samochody, które jeździły po drogach naszej gminy 20 lat temu, były dużo mniej zaawansowane niż dzisiejsze.

Mąż się zmieniał. Nic go nie cieszyło. Nawet to, że dziewczyny dobrze radzą sobie w szkole, że Asia jako pierwsza w rodzinie dostała się na studia. Zaczął pić. Przyznaję – bałam się tego przez całe życie. Dwaj bracia Andrzeja byli nałogowcami, nigdy nie założyli rodzin, powoli się staczali. Andrzej zawsze wydawał się inny. Rodzice chwalili go, że ma poukładane w głowie. I tak rzeczywiście było, ale może ta podatność na nałogi to sprawa genów? Ze względu na dzieci wolałabym, żeby tak nie było.

Mąż praktycznie nie miał zleceń. Zaczął zapraszać braci do domu. Wcześniej praktycznie tego nie robił. Wstydził się, nie chciał, żeby dzieci patrzyły na stan wujków. Teraz to byli najlepsi kompani. Dawał im pieniądze – zaskórniaki, których akurat wtedy tak bardzo potrzebowaliśmy. Braciszkowie posłusznie szli do sklepu i przynosili towar. Te libacje w garażu (coraz częstsze) były koszmarem. Nie pozwalałam dzieciom wychodzić z domu, puszczałam głośno telewizor, żeby nie słyszały pijackiego bełkotu ojca i wujków.

Do domu Andrzej wracał nad ranem. Na początku po prostu lekceważył moje pretensje, które zamieniły się w błagania. Nie robiły na nim wrażenia. Było coraz gorzej. W końcu przestałam się odzywać, bo Andrzej zaczął się zachowywać agresywnie. Krzyczał, obrażał mnie, nie zwracając uwagi na dzieci. Zaczęły się poszturchiwania, złośliwe ciągnięcie za włosy, przepychanki w drzwiach, wymuszony seks. Mąż praktycznie nie dawał pieniędzy na życie.

Pewnego dnia okazało się, że jestem w ciąży. Widziałam, że się ucieszył, kiedy oznajmiłam: „Będziesz miał syna”. Bardzo chciałam wierzyć, że to pomoże mu się opamiętać. Podczas ciąży zabierałam go do lekarza na wizyty kontrolne, nawet gdy był trochę zamroczony alkoholem. Chciałam, żeby widział, jak rośnie nasz syn. Patrzył, płakał. Widziałam zmieszanie lekarza – pewnie nie zdarzało mu się, żeby z ciężarną do gabinetu wchodził pijany mąż. Ale ja przełamywałam wstyd. Walczyłam o niego, o naszą rodzinę.

Wszystko na próżno. Andrzej nie przestał pić. Błagałam, mówiłam, że przecież mogę zacząć rodzić w każdej chwili – kto mnie zawiezie do szpitala, jeśli on będzie pijany? Nic nie pomagało. Na porodówkę zawiozła mnie siostra. Andrzej dopiero następnego dnia przyszedł zobaczyć syna. Skacowany, bo poprzedniego wieczora zdążył opić narodziny Piotrusia. Kobieta, która leżała ze mną na jednej sali, żartowała sobie ze mnie. Przecież jej mąż też był mocno „zmęczony” po pępkówce. Ale ja wiedziałam, że to po prostu dalszy ciąg mojego koszmaru.

Pierwsze miesiące po powrocie ze szpitala były względnie spokojne. Andrzej dał mi spokój, pił, ale po cichu. Było mi ciężko – niby przy czwartym dziecku opieka nad niemowlakiem nie miała dla mnie tajemnic, ale przecież nie należałam już do najmłodszych. Córki próbowały mi pomagać, ale widziałam, że kiedy zbliża się Andrzej, ulatniają się. Zdałam sobie sprawę z tego, że boją się ojca. W prowadzeniu domu i opiece nad małym zaczęła mi pomagać starsza siostra. Andrzejowi bardzo się to nie podobało. Pewnego dnia zwymyślał mnie od najgorszych, wmawiał, że knujemy z Jolą przeciwko niemu. Jola nie wytrzymała. Powiedziała, że więcej do nas nie przyjdzie. Potem jednak zadzwoniła do mnie, chyba zrobiło jej się mnie żal. Zapytała, co może zrobić dla mnie albo dla dzieci.

Były wakacje. Dziewczynki spędzały je w domu. Poprosiłam Jolę, by zabrała Paulę i Natalkę (najstarsza córka mieszkała już wtedy w Warszawie) do siebie na parę dni. Chciałam, żeby trochę odpoczęły od ciężkiej atmosfery w domu. Przyjechał po nie szwagier. Zostałam w domu sama z Piotrusiem. Kiedy Andrzej wrócił, zorientował się, że dziewczyn nie ma. Oczywiście był mocno wstawiony. Wściekł się, wrzeszczał, że ja też mogę się wyprowadzić, skoro tak mi źle.

Byłam na skraju załamania. Wsadziłam Piotrusia do wózka i już miałam wychodzić, ale wróciłam się po kilka ubranek dla niego i pieluszki. Kiedy Andrzej zobaczył, że wychodzę, zaciągnął mnie z powrotem do domu. Dosłownie rzucił mną o ścianę. Przewróciłam się na ziemię, a on chwycił mnie za włosy i uderzył z całej siły moją głową o podłogę. Chyba na chwilę straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, już go nie było. Piotruś spokojnie spał obok w wózku. Kręciło mi się w głowie, ale dałam radę zadzwonić do Joli. Za chwilę przyjechała po mnie razem ze szwagrem. Tym razem nie wróciłam po rzeczy, po prostu odjechaliśmy.

Późnym wieczorem zaczęło mi być niedobrze. Niesamowicie bolała mnie głowa. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Jola i Waldek (szwagier) wsadzili mnie do auta i pojechaliśmy na SOR. Z Piotrusiem i dziewczynkami została dorosła córka siostry. Na miejscu była straszna kolejka: płaczące dzieci z gorączką, wymiotująca staruszka, pobity bezdomny… Siostra ubłagała kilka osób, by przepuściły mnie w kolejce.

Przyjął mnie starszy lekarz. Zapytał, co się stało. Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo siostra bez chwili namysłu poinformowała go, że to mąż mnie tak urządził. Doktor stwierdził podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Chciał mnie wysłać do szpitala, ale się nie zgodziłam. Wiedziałam, że dziewczynki są przerażone, poza tym ciągle karmiłam Piotrusia piersią. Jola zaczęła opowiadać lekarzowi o Andrzeju. Powiedziała, że pójdzie ze mną na policję złożyć doniesienie. Poprosiła doktora o jakiś kwitek – dowód, że mnie przyjął i że zostałam pobita. Lekarz westchnął. Mówił, że wypisanie takiego „porządnego zaświadczenia” zajęłoby mu ok. pół godziny. W tym czasie mógłby przyjąć ze trzech pacjentów z tej ogromnej kolejki… Doradził, żebym następnego dnia poprosiła o kwitek swojego lekarza rodzinnego.

Wróciliśmy do domu, gdzie spokojnie przespałam całą noc z przerwami na karmienie Piotrusia. Rano nie chciałam słyszeć o wychodzeniu z domu, ale siostra się uparła. Pojechałyśmy do przychodni. Na korytarzu minęłam znajomą. Oczywiście spytała, co się stało. „Zakręciło mi się w głowie i spadłam ze schodów” – powiedziałam. Uwierzyła od razu. Mówiła, że powinnam się cieszyć, że akurat w tamtym momencie nie trzymałam na rękach Piotrusia…

Pani doktor zbadała mnie i zrugała za to, że nie zgodziłam się na hospitalizację. Oczywiście zapytała też o okoliczności „wypadku”. Już zamierzałam opowiedzieć historię o schodach, ale moja siostra postanowiła nie dawać za wygraną. Lekarka była zakłopotana tym, co usłyszała. To bardzo doświadczona pani doktor, pracuje w naszej przychodni pewnie ze 30 lat. Dawniej niejeden raz jej mąż przywoził Andrzejowi swój samochód do drobnych napraw.

Widziałam, że nie wie, co ma powiedzieć. Zaczęła robić jakieś uwagi na temat małżeńskich nieporozumień. Że „zdarza się”, że nie można od razu wszystkiego kwalifikować jako przemocy w rodzinie, bo wtedy policja nie będzie robiła nic poza ściganiem niepokornych mężów. Nie odezwałam się, było mi wstyd i chciałam jak najszybciej wyjść z gabinetu. Siostra tłumaczyła, że mąż znęca się nade mną od kilku lat. Lekarka doradziła kontakt z dzielnicowym. Powiedziała, żeby skonsultować się z nim, a potem w razie czego wrócić do niej z instrukcjami. Chyba sama za bardzo nie wiedziała, jak mi pomóc.

Pojechałyśmy na komisariat, policjant sporządził dokumentację. Zapytał, czy mam gdzie się schronić z dziećmi. Siostra zapewniła, że możemy u nich mieszkać tak długo, jak tylko będzie potrzebne. Pewnie nie sądziła, że potrwa to półtora roku… Ostatnio coraz bardziej dojrzewam do decyzji o powrocie do męża. Chyba pracował nad sobą przez ten czas. Twierdzi, że zarejestrował się w urzędzie pracy. Podobno – jak doniosła mi sąsiadka – bracia już go nie odwiedzają.

Maria, 42 lata